|
VENOM - WELCOME TO HELL (1981)/ BLACK METAL (1982)
Spotkałem się z wieloma opiniami, głoszącymi, że Welcome To Hell Venomu - grupy zaliczanej do tzw. Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu ( NWOBHM ) - to pierwszy album thrash metalowy. Nie da się zaprzeczyć, że grupa ta miała olbrzymi wpływ na pionierów thrashu: Metallikę, Slayera, Exodus, Voivod, czy wreszcie naszego rodzimego Kata. Chociaż powszechnie uważa się, że pierwszą płytą thrashową była Kill'Em All Metalliki z roku 1983, to właśnie na debiucie Venomu po raz pierwszy usłyszeć można tak charakterystyczne dla wspomnianego gatunku gitary, brzmiące niczym stado nadlatujących szerszeni, brutalny, gardłowy wokal i mordercze tępa. Pytany o całą sprawę perkusista Metalliki Lars Ulrich jako twórców thrashu zdecydowanie wymienia Venom. "- Venom to była pierwsza thrashowa kapela, jaką usłyszałem w nagraniach" - mówi z kolei Kerry King ze Slayera. Ja sam przyznaję Venomowi zaszczytne miano inicjatorów nurtu thrashowego, ich płyty Welcome To Hell, Black Metal, At War With Satan i koncertową Eine Kleine Nachtmusik uznając za klasykę gatunku. ![]() Wszystko zaczęło się w Anglii pod koniec lat siedemdziesiątych. Trzej młodzi ludzie Jeffrey Dan, Conrad Lant i Tony Bray nie chcąc wzorem ojców pracować w hutach i fabrykach Newcastle zakładają grupę heavy metalową. Od początku są zafascynowani muzyką Black Sabbath, Deep Purple, Kiss, Judas Priest i Motorhead - Byłem pod wielkim wrażeniem ich ciężkich masywnych riffów - powie po latach perkusista Tony Bray - Podobało mi się też, że ich muzyka była taka nieprzewidywalna. Zaczynając w dobie supremacji punk rocka czerpią z niego ( wzorem Motorhead zresztą ), szybkość, prostotę i brud. Jak wspomina z kolei basista i wokalista Conrad Lant, chcieli mieć show niczym Kiss, ubierać się w nabijane ćwiekami skóry wzorem Judas Priest i pisać satanistyczne teksty tak jak Black Sabbath. Muzycy przyjęli pseudonimy odpowiadające takiemu właśnie image. Gitarzysta Jeffrey Dann stał się Mantasem, Lant Cronosem, a Bray Abaddonem. Ich koncerty, których spora część przerywana była z powodu satanicznego przekazu, tonęły w oparach dymu, co w połączeniu z czerwonymi światłami dawało wrażenie jakby długowłose, muskularne postaci w otoczeniu płomieni wyłaniały się z czeluści piekielnych. Przez dłuższy czas Venom odwiedzał studia nagraniowe tylko po to, aby zarejestrować kolejną demówkę lub singla (zostały zebrane i wydane w 1986 roku na składance The Singles 1980 - 1986 - polecam). Tak było również w przypadku pierwszej płyty wydanej w 1981 roku; panowie nagrywają singla i dopiero w czasie sesji ktoś wpada na pomysł, że może dobrze byłoby zarejestrować całą płytę. Nagrań dokonano w Impulse Studios UK, a produkcją zajął się sam zespół. Okładkę zaprojektowaną przez Cronosa zdobi wpisana w pentagram głowa Baphometa, będącego jednym z symboli kościoła szatana, a tytuł albumu mówi sam za siebie. We wkładce mamy jeszcze średniowieczny przepis na truciznę (korespondujący z nazwą zespołu), a teksty... Red Light Fiver traktuje o żądzach seksualnych, Poison o obłudzie, Angel Dust o narkotykowym nałogu, a Witching Hour o okultyzmie, Schizo opowiada z kolei o chorych psychicznie maniakalnych mordercach. Na uwagę zasługuje utwór In League Witch Satan, którego tekst zainspirowany został książką Williama Petera Blatty'ego Egzorcysta. Rozpoczyna go tekst deklamowany od tyłu, tak właśnie w filmowej wersji powieści przemawia zagnieżdżony w ciele dziewczynki demon Pazuzu - nie lada kąsek dla wszystkich świętoszków lubiących słuchać płyt od tyłu w poszukiwaniu szatańskich przesłań (na ich liście znajdują się tacy wykonawcy jak The Beatles, Madonna i Michael Jackson). Sama muzyka, to wściekły heavy metal doby punka, jak to ktoś kiedyś określił - brudny, ciężki i odpychający. - Zamiarem było generowanie jak największego hałasu - mówi bez ogródek Abaddon, ale wbrew pozorom ta bardzo energetyczna muzyka zagrana jest z polotem i wyobraźnią (posłuchajcie chociażby melodyjnych zagrywek gdzieś w połowie Live Like An Angel). Najwięcej słychać wpływów Motorhead, ale są też riffy mocno kojarzące się z Judas Priest, a w wolniejszych bardziej klimatycznych fragmentach kłania się wczesny Black Sabbath, jednak takiego brudu, wściekłości i czadu jeszcze nikt przed nimi nie wygenerował. Wokal jest niezwykle brutalny, gitary po raz pierwszy osiągają niemal klasycznie thrashowe brzmienie, perkusja nawala na dwie stopy, a bas... - grunt powiedzieć, że co do sposobu gry Cronosa ukuto termin "Buldozzer Bass." Krytycy muzyczni byli zdegustowani, obrońcy moralności przerażeni, fani zachwyceni, sklepy odmówiły sprzedaży płyty, a bynajmniej nie zrażona tym grupa szykowała się już do nagrania kolejnego albumu.
Zarejestrowana rok później w tym samym studio, druga płyta grupy to dziś klasyka gatunku. Określenie black metal stało się nie tylko tytułem albumu ale również późniejszym określeniem całej gałęzi muzyki metalowej. Jak wspominają muzycy Venom w tamtych czasach za określeniem heavy metal kryły się grupy typu Def Leppard, czy później Whitesnake, a oni nie bardzo czuli się związani z podobnym graniem. Najtrafniejsze wydawało im się określenie black metal i tak nazwano drugi album, a tytułowa kompozycja to dziś wielki hymn całego nurtu. Płyta stylistycznie podobna jest do debiutu, jednocześnie stanowiąc krok naprzód. Produkcją znów zajęła się sama grupa, ale tym razem wyszło im to dużo lepiej, przez co muzyka wydaje się konkretniejsza i twardsza. Płyta ma bardzo charakterystyczne brzmienie - podobne udało się osiągnąć naszemu Katowi na płycie 666 (zresztą muzycy kultowego polskiego zespołu thrashowego nigdy nie kryli fascynacji muzyką Venomu). Gitary pracują jeszcze ostrzej niż na debiucie, Mantas męczy wajchę niczym King i Hanneman ze Slayera, a w takich utworach jak Black Metal, Countess Bathory, czy Don't Burn The Witch słychać ten charakterystyczny dla thrashu suchy szczęk wytłumionych strun - to już jest thrash tylko jeszcze nikt o tym nie wie... Okładkę albumu ponownie zdobi głowa Baphometa, tym razem z pentagramem na czole, również warstwa tekstowa kontynuuje drogę obraną na debiucie. Wspomnieć można chociażby o utworze Countess Bathory, w którym panowie przywołują sylwetkę Elżbiety Batory, bliskiej krewnej króla Stefana Batorego, która w swoim zamku w Czachticach wyprawiała straszne rzeczy (kto nie wie o czym mówię, radzę poszukać w książkach - makabra!), o obscenicznym tekście Teacher's Pet wolę nawet nie wspominać. Niesamowite wrażenie robi Buried Alive, rozpoczynający się parodią modlitwy kapłana, spokojną gitarą akustyczną i odgłosami ziemi rzucanej na wieko trumny - aż ciarki przechodzą po plecach. Takie kawałki jak Black Metal, Buried Alive, Teachers Pet (dowód na fascynację Cronosa Elvisem Presley'em - bez jaj) i wreszcie Countess Batory grupa już zawsze grać będzie na koncertach. Na następną płytę Venom fani czekać będą musieli do roku 1984 - wtedy to światło dzienne ujrzy opus magnum grupy, album At War With Satan (dwuminutowe wprowadzenie do tego dzieła kończy płytę Black Metal), tymczasem nad Stanami Zjednoczonymi zbierają się chmury. Już wkrótce amerykańskie bandy Metallica i Slayer swoimi debiutanckimi płytami stworzą thrash metal. W muzyce obu grup, ze szczególnym wskazaniem na Slayera, niemal ślepo zapatrzonego w twórców Welcome To Hell i Black Metal dostrzec będzie można wpływy tego co wcześniej zrobił Venom. Wojciech Czubatka
|