Slayer - Show No Mercy (1983)

Płyta przełomowa, wraz z wydaną kilka miesięcy wcześniej Kill'Em All Metalliki stworzyła podstawy nowego kierunku w muzyce - thrash metalu. Podczas gdy na początku lat osiemdziesiątych w Stanach króluje metal w stylu Motley Crue, Quiet Riot, czy Ratt, w garażach i piwnicach rodzi się nowy muzyczny gatunek. " Cięte, szarpane riffy, pokręcona struktura rytmiczna i szybkie tempa wykorzystywane naprzemiennie z wolnymi, stanowiły o podstawach stylu " - pisze w Metal Hammerze Darek Świtała, dodając, że początkowo wszystkie wytwórnie płytowe z niedowierzaniem przysłuchiwały się zespołom grającym szybką, agresywną muzykę i nikt nie wierzył, że możnaby na tym zarobić jakieś pieniądze. Stan ten zmienił dopiero sukces pierwszego albumu Metalliki.

Do dziś fani thrashu spierają się, kto nagrał pierwszy thrashmetalowy album. Wydaje mi się zupełnie oczywiste, że jeśli chodzi o grupy amerykańskie była to Metallica, jednak w obliczu ostatnich szmaciarskich poczynań Jamesa & co, niektórzy słuchacze próbują przypisać to miano do dziś bezkompromisowemu, choć już nie tak zabójczemu Slayerowi. Zapominają oni, że, (do czego zresztą przyznaje się basista i wokalista grupy Tom Araya), Slayer na początku swego istnienia grał covery Judas Priest i Iron Maiden i dopiero zetknięcie z muzyką Venom i Metalliki, koncertującej wtedy w klubach Los Angeles, skierowało ich w stronę naprawdę brutalnego grania.

Slayer powstaje na początku lat osiemdziesiątych na przedmieściach Los Angeles. O tym, kto założył grupę, mówi się różnie, grunt powiedzieć, że wystartowała ona w składzie: Tom Araya - wokal, gitara basowa, Kerry King - gitara, Jeff Hanneman - gitara i Dave Lombardo - bębny. Podobnie jak inne pionierskie zespoły thrashowe młodzi ludzie inspirują się z jednej strony dokonaniami grup takich jak Black Sabbath, Judas Priest, Iron Maiden i Venom, ale także punk rockiem ( w czym celował głównie Hanneman ) - The Exploited, GBH, Discharge i DRI. Wszyscy ci, którzy znają muzykę wyżej wymienionych bandów wiedzą, że z takich inspiracji powstać musiało coś niesamowitego. Grunt powiedzieć, że Slayer mniej lub bardziej świadomie budował swoje riffy gitarowej na progresji akordów zakazanej w średniowieczu, a nazywanej wtedy po łacinie "diabolus in musica." Taki tytuł nosić będzie jedna z nagranych już pod koniec lat dziewięćdziesiątych płyt grupy. Podobnych zabiegów  używał wcześniej tylko Tonny Iommi z Black Sabbath.

Pierwsze lata działalności Slayera, to wędrówki po klubach muzycznych i szlifowanie własnego materiału, podróże zdezelowanym busem i noclegi na trawie pod klubami i pubami. W końcu w 1983 roku udaje im się wreszcie umieścić kawałek Aggressive Perfector na składance Metal Massacre III ( na pierwszym wydawnictwie z tej serii utworem Hit The Lights debiutuje Metallica ), a już w grudniu tego samego roku, na rynek trafia debiutancki album noszący tytuł Show No Mercy. Jak wspominają muzycy w kieszeni mieli zaledwie 400 dolarów i to głównie z funduszy Toma - imigranta z Chile, który jako jedyny miał wtedy stałą pracę, tak więc nagranie płyty sfinansowali ostatecznie ojcowie Toma i Kerry'ego. Zresztą King dał się poznać wcześniej jako posiadacz pokaźnej kolekcji gitar, które kupował mu właśnie ojciec - tylko pozazdrościć takich tatusiów.

Już pobieżny rzut oka na okładkę albumu informuje nas, że Slayer poszedł nieco inną drogą niż debiutująca kilka miesięcy wcześniej Metallica. Rogaty stwór z mieczem, ubrany w uniform a la Venom - tak też ówcześnie wzorem swoich idoli wychodzili na scenę muzycy Slayera, drapieżne logo wpisane w ułożony z mieczy pentagram. Teraz może i wygląda to śmiesznie, ale wtedy, w 83, żartów nie było. Również teksty, wzorem Venom musiały być obowiązkowo satanistyczne - Black Magic, The Antichrist, Evil Has No Boundaries. O genezie tego image Tom Araya powie:  "Kiedy zaczynaliśmy grać razem, wszyscy muzycy w Hollywood wyglądali jak panienki: postawione włosy, makijaże, piosenki o seksie... Nie chcieliśmy być tego częścią. Wydawało nam się, ze najprostszym sposobem, aby się odróżnić, będzie upozowanie się na ostrych, złych i brzydkich. Pisanie utworów, które przerażają ludzi. Te satanistyczne klimaty to ważna część Slayera. Nasz image był zawsze mroczny. Ale nie jest on powiązany z jakimiś wierzeniami: chodzi o mocne słowa, fajne kawałki."

Muzyka zawarta na debiucie nie jest tak nowatorska jak na Kill'Em All Metalliki. Mocno kojarzy się jeszcze z dokonaniami grup z kręgu New Wave Of British Heavy Metal, choć oczywiście jest krokiem naprzód. Najwięcej słychać rzecz jasna wpływów Venom - niektórzy nawet mówią, że bez tej angielskiej grupy nie byłoby w ogóle Slayera. Mnóstwo też na Show No Mercy patentów Judas Priest i Iron Maiden. Taki na przykład Cronics to niemal czysty Maiden. Charakterystyczne, że obydwie grupy miały gitarzystów grających solówki na zmianę. Ten właśnie patent wykorzystał Slayer - Kerry King był tym od męczenia wajchy, od wydobywania ze swojego instrumentu chorych jęków, Hanneman potrafił grać bardziej klasycznie, szybciej, ale i on kroczy tutaj drogą dźwiękowej extremy. Ich popisy gitarowe, często przeplatające się ze sobą, robią piorunujące wrażenie, ale właśnie przez te solówki i mętną produkcję - którą nota bene zajął się sam zespół, krytycy okrzyknęli debiutancką płytę Slayera totalnym gównem - no cóż wtedy nikt na podobną muzykę nie był jeszcze przygotowany, a dziś płyta jest już thrashową klasyką. Co prawda w porównaniu z następnymi dziełami Slayera jest jeszcze nieco wtórna, zbyt dużo tu wpływów wymienionych grup, a zyskący za kilka lat miano najszybszego perkusisty świata Dave Lombardo gra co prawda szybko, ale jeszcze dosyć topornie, jednak po latach słucha się tego świetnie. Riffy są mieszanką zagrywek a la Iron Maiden i Judas Priest, z thrashowym łojeniem pod Venom i Metallikę, trzeba jednak zaznaczyć, że w porównaniu z Metalliką, Slayer jest niezwykle posępny, diabelski i mroczny. Tom Araya śpiewa, wyraźnie zainspirowany Mantasem z Venomu, jego głos wzbogacają dodatkowo studyjne pogłosy, co akurat jak mi się wydaje na dobre nie wychodzi. Zdarza mu się również zawyć w wyższych rejestrach, niczym Rob Halford. Nie ma jakichś olbrzymich możliwości, czy skali, za to jego barwa głosu, jest bardzo charakterystyczna i idealnie pasuje do takiej muzyki.

Rozpoczynający płytę Evil Has No Boundaries to istny Venom, w Antichrist mamy maidenowe tempa, w innych kawałkach błyska Black Sabbath, ale takie Fight Till Death, a przede wszystkim Show No Mercy i mój ulubiony diaboliczny Black Magic to już czysty, genialny thrash i widać, że wkrótce grupa pokaże, na co ją stać. Właśnie Black Magic, The Antichrist są sztandarowymi kompozycjami, które Slayer wciąż wykonuje na koncertach, czasem dodając jeszcze Die By The Sworth.  Jest w tej muzyce coś niesamowitego, coś naprawdę piekielnego. Coś, co sprawia, że mimo archaicznej produkcji płyta robi piorunujące wrażenie - to surowe brzmienie gitar, te częste zmiany tempa, no i wreszcie chore pogięte solówki. Istotnie, jak głosi tytuł - nie ma zmiłowania.

Wojciech Czubatka




| Początek | DKF BezNazwy | Recenzje | Archiwum | Kontakt | Księga Gości | Linki | Wyspa |