|
Recenzja płyty Mum - "Finally We Are Noone"
Do takiej muzyki podchodzi się z dystansem, nieco od innej strony naszej estetyki innej sfery naszej wrażliwości, od tej lepszej strony okupowanej przez aniołki i dobre duszki. Islandczycy zadebiutowali w roku 2000 albumem osobliwym, delikatnym, inspirowanym przez chłodniejszą, bardziej szorstką muzykę Aphex Twin - do czego członkowie zespołu otwarcie się przyznają. "Finally We Are Noone" jest ich drugim albumem z premierowym materiałem. Pierwsze takty, pierwsze dzwięki i umysł człowieka, bardziej wrażliwego na sztukę niż drewniana kłoda, staje się niewolnikiem muzyki, nieprzewidywalnych rytmów, anielskiego głosu, zsamplowanych części ich osobowości. Choć jest to muzyka niemalże na wskroś elektroniczna jednak niesie ze sobą olbrzymi bagaż emocji, których nie jest w stanie wyrazić niejeden muzyk bluesowy. Niemożliwością byłoby zubożyć tę płytę w choćby jeden dźwięk, jedną nutkę, gdyż jest to jedna wielka nierozerwalna, idealna całość. Nurzanie się w muzyce pochłania doszczętnie, praca zsuwa się na drugi plan, zostaje jedynie mimowolny uśmiech na twarzy. Płyta się niestety kończy - nie trwa wiecznie, choć im dalej tym ciekawiej, jeszcze cieplej i jeszcze bardziej osobliwo. Niecała godzina wycieczki w odmienne stany świadomości estetycznej i niechciany powrót na Ziemię... Szkoda że nie trwa wiecznie.
|