|
Deftones "Deftones"
Oto 20 maja na sklepowych półkach pojawiła się długo wyczekiwana, świeża płyta grupy Deftones. Pierwszy album wydali w 1995 roku. "Adrenaline" jest surowa, szorstka, jednak momentami przebojowa, kołysząca, hipnotyczna. Wystarczy posłuchać choćby singlowych "Bored" i "7 Words" żeby przekonać się jaki ładunek emocjonalny za sobą niesie. Potem przyszedł czas na "Around The Fur", naszpikowanej małymi arcydziełkami, takimi jak "My Own Summer", "Change", czy "Be Quiet And Drive". Jednak jako całość, płyta nie jest spójna, jakby Chico i spółka do trzech wymienionych wcześniej numerów dopisalina kolanie w kiblu resztę płyty i wydali ją dzień później. Opus magnum swojej dotychczasowej twórczości osiągnęli trzy lata później. "White Pony" to płyta na jaką inni artyści czejaką latami i nie zawsze się doczekują. Nie ma tam słabego momentu, nie ma czasu żeby wyjść z pokoju w trakcie słuchania, żeby chociażby odebrać telefon, szkoda straconych dźwięków. Nie jest łatwo obronić się po tak dobrej, przemyślanej płycie, dlatego nie mogłem się doczekać aż wetknę płytę z napisem Deftones "Deftones" do odtwarzacza. Pierwsze przesłychanie - miliony znaków zapytania w głowie, zamęt, lekki zawód... Teraz już jestem po nastym przesłuchaniu z kolei i nie moge się od niej oderwać, przyciągnęła mnie swoim magnetyzmem i nie chce puścić.Pierwsze pięć utworów to traumatyczna walka z riffami, zmaganie się z okrzykami Chico, zwieńczone ostrym, przesterowanym "When Girls Telephone Boys". Później jest spokojniej, jednak nie znaczy że gorzej, dalej jest dobrze, co raz lepiej aż drastycznie "Moana" ostatnim dźwiękiem kończy spektakl. Polecam. 01. Hexagram 02. Needles And Pins 03. Minerva 04. Good Morning Beautiful 05. Deathblow 06. When Girls Telephone Boys 07. Battle Axe 08. Lucky You 09. Bloody Cape 10. Anniversary Of An Uninteresting Event 11. Moana
|