|
Metal Church - Metal Church (1984)
Idę o zakład, że wiele osób w ogóle o tej grupie nie słyszało, tymczasem, w połowie lat osiemdziesiątych Metal Church byli tak samo znani jak Metallica czy Anthrax, jeździli wspólnie z nimi na koncerty i nagrali dwie zajebiste płyty, na których udatnie połączyli klasyczny heavy metal z rodzącym się właśnie thrashem. Posiadam notowanie listy programu radiowego Metal Top 20 ( ktoś to jeszcze pamięta?) z 26 kwietnia 1986 roku, w którym na miejscu 19 znajduje się Highway Star grupy Deep Purple scoverowany przez Metal Church na ich debiutanckiej płycie. W plebiscycie czytelników niemieckiego magazynu Heavy, płyta Metal Church znalazła się na 7 miejscu i to przed takimi wykonawcami jak AC/DC, Deep Purple, Iron Maiden, a nawet Metallica. Trzeba też powiedzieć, że grupa wywarła olbrzymi wpływ na nasze rodzime Turbo ( Kawaleria Szatana) i Wilczego Pająka, z okresu pierwszego albumu. Niewiele brakowało, a Metalowy Kościół zawitałby do Polski wraz z Metallicą w 1987 roku, kiedy byli u szczytu kariery. Niestety, po wydaniu drugiego albumu noszącego tytuł The Dark, z zespołu odchodzi legendarny wokalista David Wayne i dobra passa się kończy. Co prawda, w 1991 Metal Church są gwiazdą festiwalu Dynamo, ale nigdy nie zdołali już odbudować pozycji, jaką mieli w połowie lat osiemdziesiątych. Stali się za to kapelą kultową, cenioną dziś przez prawdziwych koneserów ciężkiego grania. Grupą dla muzyki, której ukuto termin heavy metal thrash.
Niekwestionowanym liderem zespołu od zawsze był gitarzysta Kurdt Vanderhoof. To on w 1980 roku zakłada grupę, której daje buńczuczne miano Metal Church - od nazwy swojego mieszkania w San Francisco, w którym zbierali się tamtejsi wielbiciele heavy metalu. Pierwotnie grupa miała się nazywać Anvil Chorus, a w jej szeregach znalazł się perkusista Lars Ulrich, który za jakiś czas założyć miał Metallikę. Koniec końców Lars nie zdecydował się jednak na granie w zespole Vandrhoofa - po prostu nie chciało mu się przeprowadzać z Los Angeles do San Francisco. Kurdt od zawsze zafascynowany był grupą Deep Purple, a potem także Judas Priest i Iron Maiden. Kawałki, które wykonywać miał jego zespół, zaczął tworzyć już pod koniec lat siedemdziesiątych, tak że kiedy powołał do życia Metal Church, część repertuaru zawartego na debiucie, było już właściwie gotowa. W pierwszym, klasycznym składzie Metal Church znaleźli się oprócz Vanderhoofa drugi gitarzysta Craig Wells, basista Duke Erickson, perkusista Kirk Arrington i wspomniany już wokalista David Wayne. Ten właśnie skład w roku 1984 zarejestrował pierwszy album zatytułowany od nazwy zespołu właśnie Metal Church. Na okładce spowita w kłębach dymu i porośnięta bluszczem, znalazła się elektryczna gitara ( taka jakiej używał James Hetfield z Metalliki, za czasów płyty And Justice For All ). Do gryfu przytwierdzoną ma omszałą belkę, tak aby powstał krzyż. Całości dopełnia czerwone, postrzępione logo zespołu. Album otwiera kompozycja Beyond The Black: szum wiatru, akustyczne dźwięki gitary i głos niczym z The Number Of The Beast grupy Iron Maiden ( no może trochę niżej i bardziej diabelsko ). Utwór zdradza silne wpływy rodzącego się właśnie thrash metalu, przede wszystkim pierwszej płyty Slayera - ten sam mroczny nastrój, to samo diabelstwo w riffach. Tylko David Waine śpiewa inaczej - heavy metalowo. Jego zadziorny głos przypomina wokalną manierę Iana Gillana, Ronniego Jamesa Dio, Udo Dirkschneidera z Accept, i bardzo mocno Johna Olivy z Savatage. Wayne posiada imponującą skalę głosu i nieograniczone możliwości wokalne, bez problemu osiąga falsetem najwyższe dźwięki, niczym wokaliści zespołów hard rockowych i heavy metalowych. Drugim kawałkiem - najbardziej cenionym przez fanów, jest hymn pod tytułem Metal Church. Gitary znów tną thrashowo niczym Slayer - za takie riffy właśnie kocham cały ten thrash. O ile jednak grupa Kerrey'ego Kinga zagrałaby taki kawałek szybko, o tyle Metal Church prowadzą utwór w tempie średnim, pozwalając wyśpiewać się Wayne'yowi, który jako żywo podrabia tutaj Roniego Jamesa Dio. Metal Church, to naprawdę genialny, demoniczny utwór. W obydwu wymienionych numerach pobrzmiewają jednak klasycznie heavy metalowe zagrywki, rodem z Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu - Iron Maiden i Judas Priest, a nawet momentami Deep Purple. Gitarzyści wymieniają się solówkami niczym w Ironach i Judasach - grają klasycznie, nie tak obłąkańczo jak panowie ze Slayera, czasem zbliżając się do piorunującego stylu Kirka Hammetta z Metalliki. Prawdziwym killerem jest trzeci na płycie instrumentalny Mercilless Onslaught. No, tu mamy już zapowiedź czegoś zupełnie nowego: zimne nowoczesne thrashowe riffy, obłąkańcze tempo - jest taki fragment, gdzie perkusista gra tak jak za kilka lat grać będą zespoły death metalowe, a wcześniej pałkerzy thrashowych Kreatora i Sepultury - skąd on to wytrzasnął w 1984, doprawdy nie wiem. Podobny klimat ma ( My Favorite ) Nightmare, brzmiący niczym thrashowy kawałek z drugiej połowy lat osiemdziesiątych - grup z Bay Area: zimne, szarpane riffy, szybka praca perkusji i skrzekliwy, mniej śpiewny wokal Waynea. Oczywiście także tutaj pojawiają się dialogi gitar rodem z Iron Maiden, ale nie psuje to dobrego wrażenia, wręcz przeciwnie. Bardziej klasycznie wypada z kolei przepiękna ballada Gods Of Wrath - mocno kojarząca się z Remember Tomorrow, czy nawet Children Of The Damned, grupy Iron Maiden. Posłuchajcie kapitalnych zagrywek basowych Ericksona w zwrotce, świetnych, ciężkich hard rockowych riffów w refrenie i supermelodyjnego, klasycznego sola w połowie utworu. Wrażenie robi też przypominający Savatage szybki, bardziej heavy metalowy Hitman z świetnym zapętlonym riffem i thrashowymi przełomami a la Metallica. Przy nim trochę niemrawo wypada In The Blood, ale też może się podobać. Natomiast Battalions strasznie przypomina utwory niemieckiego Running Wild, a nawet Helloween - naprawdę. Płytę kończy wielce udana thrashowa przeróbka purplowego klasyka Highway Star, w której Wayne udowadnia, że wokalnymi możliwościami dorównuje samemu Gillanowi. Reasumując, album z jednej strony odzwierciedla fascynację grupy raczkującym dopiero thrash metalem, z drugiej zaś mocno nawiązuje do zespołów z nurtu New Wave Of British Heavy Metal. O ile dla Slayera, Overkill czy Anthraxu był to punkt wyjścia do unowocześniania swojej muzyki, dla Metal Church jest to już konkretny styl w którym zespół chce się poruszać. Niektóre kawałki z tej płyty, takie choćby jak Hitman, Gods Of Wrath i Battalions kojarzyć się mogą również z rodzącą się wtedy amerykańską odmianą heavy metalu, z grupami w rodzaju Manowar czy Savarage. Z kolei Beyond The Black, Metal Church, Merciless Onslaught i ( My Favorite ) Nightmare, choć oczywiście takiego podziału do końca konsekwentnie przeprowadzić się nie da, będą już thrashowymi klasykami najwyższej próby. Ten rozdźwięk może poniekąd wynikać z faktu, iż poszczególne utwory powstawały w różnych latach. Produkcja płyty jest niezwykle czytelna i dopracowana - jak na początek lat osiemdziesiątych oczywiście. Inaczej być nie mogło skoro w tym zadaniu wspomagał grupę nie kto inny jak Terry Date, późniejszy współtwórca sukcesów Pantery. Każdy instrument jest dobrze słyszalny, świetnie nagłośniono perkusję, bardzo dobrze brzmi bas. Jak dla mnie bardziej z przodu powinny być jednak gitary. Taki np. In The Blood zabrzmiałby wtedy dużo ciężej, bardziej czadowo. Kilka słów o image grupy, który plasował ją również w kręgu grup thrashowych. Było jednak coś co odróżniało ten zespół od innych bandów metalowych. Otóż jakoś nie przypominam sobie, aby w którymś z thrashowych zespołów w ich początkach był krótkowłosy muzyk, tymczasem Vanderhoof prezentował ostrzyżone włosy i to z mocno przerzedzoną już grzywką. Jeszcze gorzej było z basistą Duke Ericksonem, który w młodym przecież wieku dotknięty był pokaźną łysiną, a jednocześnie miał długie włosy tam gdzie mu one jeszcze zostały ( coś jak gwiazda wrestlingu Hulk Hogan ). Erickson często ukrywał łysinę pod chustką, a z czasem brak włosów zaczął rekompensować sobie ćwiczeniami siłowymi i budowaniem masy mięśniowej. We wkładce do pierwszego albumu jednak tego wszystkiego nie widać. Czarno-białe foto grupy nałożone zostało na ponurą, ciemną sylwetkę świątyni. Wieże katedry pną się ku czarnemu niebu gdzie na tle ciężkich, ołowianych chmur, zawisła ciemna sylwetka drapieżnego ptaka. Na kolejne dzieło grupy czekać będziemy do 1986 roku, kiedy to na rynku ukaże się niesamowity album The Dark, potwierdzający klasę Metalowego Kościoła, grupy stanowiącej bardziej melodyjny, heavy metalowy odłam thrashu. Wojciech Czubatka Oficjalna strona zespołu: http://www.metalchurch.com/
|