...I OŚLICA USŁYSZAŁA MUZYKĘ

CAVE/HARVEY/CLAYTON - JONES "And The Ass Saw The Angel" Kilka tygodni temu ukazał się kolejny muzyczny projekt Nicka Cave'a. Specjalnie używam słowa projekt, gdyż zawartość "And The Ass Saw The Angel" trudno nazwać kolejną płytą artysty z jego grupą Bad Seeds.

Początkowo płyta pojawiła się w limitowanym nakładzie dostępna wyłącznie w internetowym sklepie firmy Mute Records. Od niedawna można ją znaleźć w powszechnej sklepowej dystrybucji. A okazja zdarza się wyjątkowa, ponieważ powstanie "And The Ass..." wynika z powieści, którą Cave pod tym samym tytułem wydał jedenaście lat temu. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że ten rodowity Australijczyk jest niezwykle przewrotną osobą. Ta płyta jest tego dobitnym dowodem. Wystarczy uważnie prześledzić kolejne etapy jego kariery. Wypadałoby w tym miejscu przypomnieć płyty: "Kicking Against The Pricks" /1986/, gdzie covery przerastają oryginały; "Good Son" /1989/, przypominającą ujaranego Billy Joela oraz hitową historię piosenki "Where The Wild Roses Grow" wykonaną w duecie z Kylie Minogue i wreszcie "The Boatman's Call" /1997/, gdzie Cave w lirycznej formie rozprawił się sam ze sobą. Przypadek "And The Ass..."to kolejna nowa marynarka, którą artysta sobie sprawił. Płyta podzielona jest na dwie części. Pierwsza (4 utwory) to wręcz słuchowisko radiowe, w którym Cave czyta fragmenty wspomnianej powieści. Część druga to następnych dwanaście instrumentalnych impresji inspirowanych oczywiście zawartością książki. Do tego projektu Nick Cave zaangażował Micka Harve'a (prawa ręka artysty) i Ed Clayton-Jones'a. Muzycy na taj płycie poruszyli te obszary, których dawno nie odwiedzali, przy okazji odkryli następne. Mamy w tym przypadku surowe, kanciaste brzmienie "God" i "Euchrid On The Run", mamy niespokojną chóralną katedrę "Sleepy River Swoon", mamy wreszcie wszechogarniającą bagnistą wilgoć w kompozycjach "The Hobo Church" i "Doghead Revisited". Udało się oddać atmosferę powieści, w której gorący smród bimbru przeplata się z ognistym zapachem brudnej dziwki. Wilgoć i bagno wylewają się wręcz z głośników. Zarazem wyczuwa się niezwykły muzyczny takt, z jakim to wszystko zostało zrobione. Zapewniam, że nie jest to narracja w stylu Rogera Watersa z płyty "The Wall", którą wykonał wspólnie z grupą Pink Floyd. To zupełnie inny muzyczny świat. Twierdzę wręcz, że w tych instrumentalnych kompozycjach słychać echa pierwszej rewolucyjnej grupy, w której Cave śpiewał, mam tu na myśli The Birthday Party. Forma oczywiście inna, jednak ekspresja podobna. Ten pan w swojej karierze wystawił publiczność na kilka niezłych prób wytrzymałości. Wydaje się, że "And The Ass Saw The Angel" to kolejny sprawdzian. Warto przy okazji ostrzec tych wszystkich, którzy byli zasłuchani jedynie w duecie Cave/Minogue, ponieważ spotkanie z ostatnim produktem Cave'a i spółki może spowodować w ich organizmie nieobliczalne spustoszenie. Natomiast dla fanów Nicka Cave'a & to kolejne "złe" nasienie.

Zbyszek Stelmaszewski

wyspiarskie pytanie